Nowe Podkarpacie

Reklama
Reklama

JEDZENIE I SPANIE W JAŚLE

Restauracja „u Schabińskiej” jest bodaj najbardziej znanym jasielskim obiektem prowadzonym p...

Ujarzmianie Ropy

POWIAT JASIELSKI. 6 kilometrów nowych wałów przeciwpowodziowych

Czerwonka na zlocie hippisów

MOSZCZANIEC. U czternastu osób, uczestników zlotu zwanego „Tęczowy Krąg” lub „Rainbow Fami...

Bogu na chwałę, ludziom na ratunek

BUKÓW. Jubileusz OSP

PKS walczy o przetrwanie

JASŁO. Jeździmy dalej i pracujemy, dążymy do wyznaczonego celu z optymizmem, ale i świadom...

Społeczna zbiórka na pomnik

JASŁO. Pamięci żołnierzy wyklętych

Pielęgnują historię kirkutu

JASŁO. Nekropolia w dobrych rękach

Dyskusja o ludzkiej godności

SANOK. Na zaproszenie posłanek Platformy Obywatelskiej – Joanny Frydrych (Podkarpacie) i...

Sinusoidalne stany zadowolenia

PIŁKA NOŻNA. IV LIGA PODKARPACKA Sinusoidalne stany zadowolenia

Dwa srebrne medale Tomasza Wojtowicza

NORDIC WALKING. Mistrzostwa Polski i Puchar Europy w Osielsku Dwa srebrne medale Tomasza ...

Futbolowa bitwa o zamek

PIŁKA NOŻNA. V LIGA KROŚNIEŃSKA Futbolowa bitwa o zamek

Ilji Czałowa pojedynek z Ostrovią

ŻUŻEL. 2. LIGA ŻUŻLOWA Ilji Czałowa pojedynek z Ostrovią

Wstrzymano odbiór odpadów!

JASŁO. Nie tylko śmierdzący problem

  • JEDZENIE I SPANIE W JAŚLE

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:46
  • Ujarzmianie Ropy

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Czerwonka na zlocie hippisów

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Bogu na chwałę, ludziom na ratunek

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • PKS walczy o przetrwanie

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Społeczna zbiórka na pomnik

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Pielęgnują historię kirkutu

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Dyskusja o ludzkiej godności

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Sinusoidalne stany zadowolenia

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Dwa srebrne medale Tomasza Wojtowicza

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Futbolowa bitwa o zamek

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Ilji Czałowa pojedynek z Ostrovią

    wtorek, 14 sierpnia 2018 04:00
  • Wstrzymano odbiór odpadów!

    środa, 08 sierpnia 2018 04:00

Antoni Bąk

Historycy

Email

Mój przyjaciel, historyk, profesor uniwersytecki twierdzi, że ludzi parających się tą dziedziną wiedzy podzielić można na historyków zwyczajnych i historyków IPN. Czym się różnią? Ci, zwyczajni, pokonują mozolnie drogę kariery naukowej i tytuł profesora uzyskują po wielu długich latach. Wyniki ich badań rozświetlają mroki przeszłości, ujawniają nieznane, niekiedy sensacyjne fakty, pogłębiają wiedzę historyczną społeczeństwa. Pracują w zaciszu gabinetów, archiwów, bibliotek, nie zabiegają o rozgłos i miejsce wśród celebrytów. Są wykładowcami na wyższych uczelniach, członkami ważnych, międzynarodowych towarzystw i naukowych gremiów, a ich prace stają się klasyką przedmiotu o wartości nie przemijającej i służą kolejnym pokoleniom.

Historyk z IPN to z reguły osobnik dość młody i ambitny z dużym „parciem na szkło" czyli ochotą pokazywania się w telewizji. Jedna teczka z przepastnych archiwów tej instytucji i jest doktorat. Druga teczka – mamy docenta z habilitacją. Krótka przerwa na rozejrzenie się w zawartości kolejnych teczek - i oto profesor całą gębą. Efekty szperania w teczkach są natychmiast przekształcane w książkę, a na jej wydanie nie trzeba długo czekać w przeciwieństwie do książki historyka zwyczajnego, na którą z reguły nie ma pieniędzy.

Jaka jest wartość naukowa prac „ipeenowców"? Niewielka, by nie powiedzieć żadna. Poza nielicznymi wyjątkami, dotyczącymi zjawisk o szerszym charakterze, genezy i przebiegu wydarzeń z najnowszych dziejów Polski, reszta ma charakter przyczynkarski, drugorzędny, nieistotny. Próba udowodnienia komuś, w oparciu o wątpliwej wartości dokumenty z teczek, że współpracował z SB, nie wnosi niczego w merytoryczną sferę naszej historii. Można w ten sposób, co najwyżej, „zrobić koło pióra" pojedynczemu człowiekowi, najczęściej przeciwnikowi politycznemu, ale co to ma wspólnego z historią?

Tymczasem na takim właśnie podłożu, na prezentowaniu zapisanego na papierze, niewiarygodnego „dorobku" SB, wyrastają zastępy nowych, „dociekliwych", a w gruncie rzeczy naiwnych i bezkrytycznych historyków. Większość ich „dzieł", za kilkadziesiąt lat zasili punkty skupu makulatury, o ile takie jeszcze będą. Niestety, tytułów naukowych wyrzucić się tam nie da.

Dwie medycyny

Email

Z satysfakcją dowiaduję się z mediów o sukcesach polskich lekarzy, wytrwale ścigających światową czołówkę. Potrafią już przeszczepić serce, płuco, a nawet twarz, przyszyć odciętą rękę i wykonać wiele trudnych, skomplikowanych operacji, o których jeszcze parę lat temu nawet by nie pomyśleli. To by mogło oznaczać, że już teraz możemy konkurować z najlepszymi, ale tezy tej nie potwierdza szare, codzienne życie. Olśniewającym błyskom lekarskiego talentu towarzyszy bylejakość szpitali, ośrodków zdrowia, mierny poziom leczenia, kiepska opieka nad chorymi, błędy lekarskie i zgony pacjentów będące wynikiem niedbałości, złej diagnozy, pomyłek i niefrasobliwości. Mój znajomy, który po dość prostym zabiegu, przeleżał w szpitalu dwa miesiące, zanim jego organizm nie zdołał naprawić skutków indolencji medyków, zwykł mawiać z uzasadnioną dumą, że w stosunku do niego medycyna okazała się bezradna, bo mimo intensywnego leczenia, przeżył.

Ja sam, zgodnie z ideą serialu telewizyjnego „Daleko od noszy", nie choruję i omijam szpitale. To mi daje radość życia i równowagę psychiczną. Aliści, pewnego razu stresujący tryb wegetacji i fatalne nawyki zadziałały zawałem serca, którą to przypadłość sam rozpoznałem i po stwierdzeniu, że nie mija, udałem się na pogotowie. Tam dowiedziałem się, że mam rację i zapytano czy chcę się leczyć zachowawczo czy inwazyjnie. Zachowawczy nigdy nie byłem, więc powiedziałem, że chcę szybkiej inwazji, cokolwiek by to znaczyło. Na myśl o szpitalu trochę mnie zamroczyło, bo doświadczenia znajomych są raczej przerażające.

Karetka odwiozła moje, ledwo dyszące ciało do krośnieńskiego szpitala, noszącego szczytne imię, co oczywiście nic nie znaczy. A potem przeżyłem szok, który mnie omal nie zabił. Jak się okazało, znalazłem się na oddziale prywatnym, wyłączonym ze struktur publicznej lecznicy, prowadzonym przez spółkę, której nazwy wymienić nie mogę, bo byłaby to darmowa reklama i duże nieprzyjemności. Wszystko potoczyło się jak w bajce: szybkie, kompleksowe badania na nowoczesnym sprzęcie, diagnoza i zabieg przepchnięcia zwapniałych żył i wszczepienia takiej małej spiralki. Przebywałem tam cztery dni, otoczony opieką lekarzy i pielęgniarek niczym sułtan Brunei. Co dzień rano zmiana pościeli, mycie, sprzątanie lśniącej czystością i pachnącej sali, dwa razy dziennie badania, zmiana opatrunku, smaczne, ciepłe posiłki, leki, nieustanne pytanie czy nic pana nie boli, jak się pan czuje. Czułem się niezręcznie, bo nigdy mnie tak nie rozpieszczano. Niewielki oddział, nieliczny personel, wysokiej klasy sprzęt i urządzenia, skuteczne leczenie. Dodajmy, że finansowane przez NFOZ, tak jak cały szpital.

Tego rodzaju oddziały w placówkach publicznych przynoszą straty, a prywatne – zyski i o niebo lepsze leczenie i opiekę. Przeciwnikom prywatyzacji służby zdrowia polecam gorąco, w razie zawału, oddział gdzie leczy się „zachowawczo". Tam gdzie ja byłem, nie powinno się ich wpuszczać

Manewry

Email

Czas szybko mija, niedawno mieliśmy wybory do parlamentu i oto kolejne już za kilka miesięcy. W sejmowych i senackich kręgach wielkie poruszenie i pełna gotowość bojowa. „Załapać" się na kolejną kadencję, oto najważniejsze zadanie do wykonania. Wybrańcy narodu krążą nerwowo po korytarzach, a mrówcza praca, z której parlament podobno słynął, wyraźnie osłabła, by nie powiedzieć – zamarła, na szczęście z niewielką szkodą dla państwa. Niemal każdy z obecnych parlamentarzystów, nawet słynny poseł z Podhala, pracujący za „śmieszne" pieniądze, szuka dla siebie eksponowanego miejsca na partyjnych listach kandydatów. Jeśli nie satysfakcjonuje go pozycja oferowana przez macierzystą partię, bez namysłu „wali" do konkurencji, kuszącej większą szansą na ponowny wybór. Wierność własnemu ugrupowaniu przestaje obowiązywać, a wyborcy którzy swemu przedstawicielowi zaufali, oddając na niego głosy, dowiadują się raptem, że ma ich w nosie, bo zmienił barwy klubowe i jeśli znów trafi do poselskich ław, będzie z wielkim zapałem i zaangażowaniem zwalczał to wszystko co kiedyś z równą determinacją popierał. W ten sposób „ciemny lud" czytaj: naród jest bezczelnie oszukiwany i wykorzystywany, a poskarżyć się może tylko u Pana Boga, co jest krokiem rozpaczliwym o skutkach raczej nieprzewidywalnych.

W okresie przedwyborczym ujawniają się w pełni prawdziwe intencje dużej części posłów i senatorów, którzy, jak twierdzą, służą Polsce i dobro ojczyzny jest dla nich sprawą nadrzędną. W rzeczywistości to szczytne hasło jest pustym, nic nie znaczącym frazesem, bowiem gra idzie nie o Polskę lecz o stołki czyli własny interes. A składają się na niego spore pieniądze, wpływy i przywileje niczym zresztą nie uzasadnione, Tworzenie bublowatego prawa i sporadyczne pobyty na sali sejmowej zasługują co najwyżej na płacę minimalną czyli około 1200 zł plus premia uznaniowa marszałka Sejmu.

Wnioski powinni wyciągnąć sami wyborcy, „wycinając" w pień przemalowanych kandydatów i „weteranów" poselskiej profesji, potrzebnych do zapewnienia kworum, obiecujących nam, który to już raz, ogólny dobrobyt i szczęście. Owszem, dobrobyt to oni będą mieć, ale zwykły obywatel z niego z pewnością nie skorzysta. Przy okazji, warto sprawdzić, która partia zdecyduje się na ujęcie w swoim programie radykalnego zmniejszenia liczby posłów. Nasze, mocarstwowe ambicje powinny się opierać na potędze gospodarczej, a nie potędze sejmu. Finansowanie molocha, zatrudniającego 460 posłów i drugie tyle urzędników to wydatek ponad możliwości niezbyt zasobnego państwa. Przynajmniej połowę poselskiej braci odesłać należy do domu. Takie rozwiązanie społeczeństwo przyjmie z radością i chętnie zagłosuje na jego autorów, Tylko czy na utratę stanowisk zgodzą się sami zainteresowani? Skoro tak im zależy na losie Polski to kto wie...

Na stacji

Email

W swej długiej, bogatej karierze zawodowej, byłem również kolejarzem, a konkretnie starszym asystentem w biurze wagonowym. Miałem więc okazję poznać dość dokładnie zasady funkcjonowania PKP. W okresie PRL kolej nie różniła się specjalnie od tej sprzed wojny, tyle że zawód kolejarza został zdegradowany do rangi drugorzędnych, marnie opłacanych, nisko ocenianych społecznie. „Ojciec porządny, matka porządna, a syn kolejarz „ – to powiedzenie najlepiej odzwierciedlało pozycję pracowników kolei. Inną, raczej ideologiczną zmianą, była likwidacja klasy trzeciej w pociągach osobowych. A poza tym kolej, mimo wojennych zniszczeń, działała dość sprawnie, rozkłady jazdy zmieniano rzadko , pociągi jeździły w miarę punktualnie.

Polskie Koleje Państwowe, jak sama nazwa mówi, stanowiły jednolity organizm, skupiony w rękach jednego właściciela, który odpowiadał zarówno za ruch pasażerski, jak też towarowy, za stan trakcji, obiektów, taboru itp. Po zmianach ustrojowych do akcji przystąpili zwolennicy wolnego rynku, rozpoczynając denacjonalizację we wszystkich dziedzinach gospodarki. Pojawiła się idea prywatyzacji, którą uznano za fundament nowego ładu gospodarczego. Jej ślepa, doktrynalna realizacja przyniosła naszemu krajowi olbrzymie straty materialne i równie wielkie szkody społeczne.

Złe, nieprzemyślane koncepcje dotknęły też kolej. Na bazie przedsiębiorstwa PKP, w oparciu o jego majątek powstały liczne spółki, których funkcjonowanie miało usprawnić i unowocześnić koleje. Nic takiego się nie stało, powstał natomiast potężny bałagan i zapaść finansowa PKP. Zresztą używanie tej nazwy straciło rację bytu, gdyż trudno nawet powiedzieć czym jeszcze dysponuje i co robi potężne niegdyś przedsiębiorstwo. Niemal każdy kawałek kolejowego dobra jest czyją inną własnością i nie ma mowy o jakiejś sensownej koordynacji pracy, bo spółki, obudowane dobrze płatną administracją, zainteresowane są wyłącznie zyskiem, a nie użytkownikami kolei. Mają do siebie wzajemne pretensje o pieniądze, a cała odpowiedzialność za katastrofalny stan kolei spada na PKP.

Niebawem czeka nas kolejny horror, któraś już z rzędu zmiana rozkładów jazdy. Moim zdaniem przyszedł czas na krótką „wizytę" w PRL i przeprowadzenie ponownej nacjonalizacji kolei. To chyba jedyna szansa, żeby na zawsze nie utknąć na ślepym torze.

Strona 28 z 29

Martwi cię coś, lub denerwuje? Napisz do Nas!

Pseudonim
Email:
Temat
Wiadomość

Ogłoszenia ostatnio dodane

All rights reserved: Nowe Podkarpacie Designed by: KAJUS